środa, 13 marca 2013

Kolejny projekt, kolejne marzenie.

Mamy wielką prośbę do wszystkich czytelników bloga oraz do znajomych. Jesteśmy w trakcie negocjacji nad projektem książki z naszej podróży. Chcemy, żeby była ona inspiracją dla wszystkich młodych (i nie tylko) ludzi mających podobne marzenie, które my zrealizowałyśmy. Bardzo was prosimy, piszcie w komentarzach, na maila, na facebook'a, co waszym zdaniem powinno znaleźć się w takiej książce. Mamy oczywiście własną wizję, jednakże wasze wskazówki mogą nam bardzo pomóc. O czym przede wszystkim chcielibyście czytać w książce o podróży dookoła świata? Które nasze przygody, czy opowieści wydają wam się najbardziej inspirujące? Piszcie wszystko co wam przyjdzie do głowy! Plizzzzz;)
Pozdrawiamy serdecznie
S&T

niedziela, 6 stycznia 2013

Pokaz zdjęć




Serdecznie zapraszamy wszystkich czytelników bloga na pokaz zdjęć z 
podróży!

Przede wszystkim podzielimy się naszymi przeżyciami i przemyśleniami, opowiemy wam śmieszne i straszne historie z naszej podróży. Postaramy się odpowiedzieć na pytania, które jeszcze cały czas się pojawiają. 


Pokaz odbędzie się w czwartek 10.01 o 18:00  przy ulicy Lipowej 4, w sali A3.

Do zobaczenia :)

piątek, 12 października 2012

DOM i rzeczywistość


Powrót był dla nas wielkim przeżyciem. Kilka przyjaciółek zrobiło nam niespodziankę i powitały nas wraz z rodzicami na lotnisku. Nie wiedziałysmy co powiedzieć i kogo przutulić- w takich sytuacjach często brakuje słów. Było nam strasznie miło, wylewały się tony łez. To było nasze zdecydownie najlepsze lądowanie! Dostałyśmy kwiaty, ciastka i masę uścisków. 
Podczas pierwszych dni towarzyszyło nam mnóstwo emocji: wzruszenie, przerażenie, śmiech, płacz, radość... Rzeczywistość strasznie wciągnęła nas i uświadomiła jak ogromne miałyśmy szczęście, że mogłyśmy przeżyć tak nieprawdopodobną przygodę. Po powrocie i styku z realiami nasze zmiany osobowościowe i światopoglądowe stały się bardziej wyraźne nie tylko dla nas, ale i dla otaczających nas ludzi.















Każda podróż ma swój koniec. Naszą misją jest zrobić z tego końca nowy początek.

Po powrocie łatwo jest się zatracić w rutynie. My się zmieniłyśmy, ale wokół nas nie zmieniło się nic. Dostałyśmy lekcje życia i wiemy, że nie zatracenie jej i zatrzymanie w sobie zmian wymaga wysiłku i pracy. Tylko od nas zależy, czy to czego doświadczyłyśmy wpłynie na nasze życie. Ważne jest dla nas to, że przeżyłyśmy to razem i tylko my nawzajem potrafimy zrozumieć to, co dzieje się w naszych głowach.
Pewną dużą zmianą jest pierwiastek duchowy, który uaktywnił się w nas po przeżyciach w Kolumbii (pisałyśmy troszkę o tym wcześniej, ale chętnie spotykamy się i odpowiadamy na pytania zainteresowanym). Próbujemy kontynuować swój rozwój wewnętrzny i częściej się na nim koncentrować. Widzimy w tym jedną z dróg, która pomaga nam nie zatracić się w dawnej rutynie. Staramy się myśleć, że ciągle jesteśmy w podróży, tylko bez jej jednego małego elementu, jakim jest dosłowne przemieszczanie się. Teraz podróżą jest nasze życie, podążanie własną, nową drogą. Ciągle uczymy się ekscytowania się nią każdego dnia! Przeżywania każdej chwili z radością, pełnią ciekawości i otwarcia. Nie jest to łatwe. Pewnien człowiek w czasie podróży spytał się nas czego właściwie szukamy w tej wielkiej tułaczce. Powiedział nam, że musimy zrozumieć,  że prawdziwe szczęście i miłość możemy znaleźć tylko w sobie. Po odkryciu siebie można osiągnąć spełnienie niezleżnie od tego, gdzie się fizycznie jest: czy w słonecznej Brazylii, czy w górach w Nowej Zelandii, czy w mroźnej Warszawie. Wiemy, że cały proces wymaga od nas sporo pracy, jednak podchodzimy do tego bardzo optymistycznie. Na razie wychodzi nam to całkiem nieźle, każdy dzień jest niespodzianką!

Podróż pozwoliła nam zrealizować nasze marzenia. Nabrałyśmy dystansu do otaczającej nas rzeczywistości, poszerzyłysmy nasze punkty widzenia. Wśród tysięcy chwil euforii zdecydowanie mniej było tych przykrych i niebezpiecznych. Nie było znudzenia, nie było mowy o powrocie. Ujrzałyśmy jedne z piękniejszych miejsc na Ziemi. Dotknęłyśmy różnych kultur, w tym kultury Indian, która od zawsze była dla nas fascynująca. Zrozumiałyśmy jak to jest, kiedy mieszka się w 20-milionowych aglomeracjach i jak to jest spać na otwatym powietrzu przez kilka miesięcy z rzędu. Nauczyłyśmy się oszczędzać w każdej walucie. Uciekłyśmy od polskiej zimy. Uświadomiłysmy sobie jak strasznie kochamy swoje rodziny,  zdążyłyśmy się stęsknić za Warszawą i przyjaciółmi. Na własnej skórze przez rok czasu przekonywałyśmy się na czym polega ludzka gościnność i bezinteresowność. Zmarzłyśmy. Smażyłyśmy się na słońcu. Przewróciłyśmy się od wiatru, byłyśmy głodne i zmęczone. Nauczyłyśmy się cierpliwości, kreatywności, otwartości, szacunku do innego człowieka, toleracji i empatii. Ucząc się znosić własne wady, dowiedziałyśmy się wiele o sobie. Doceniłyśmy to, w jak czystym, pięknym i bezpiecznym żyjemy kraju. Wiele razy uczyniłyśmy coś po raz pierwszy w życiu. Pokochałyśmy świat. Podsumowywując- byłyśmy szczęśliwe. CAŁY ROK szczęśliwe. Cóż, prawdziwa przygoda dopiero się zaczęła.

PODZIĘKOWANIA

1. Po pierwsze: dla mam. Były dzielne, wspierały, przeżywały- wytrzymały. Kochamy was mamy!
(Resztom rodzin też dziękujemy rzecz jasna)
2. Dla pana Tomasza, naszego pana od biletu. Zrobił nam pan dużą przysługę i tyle razy pomagał! bez Pana chyba byśmy się nie zorganizowały
3. Dla wszystkich tych, którzy śledzili i komentowali bloga- nawet nie wiecie jak to wiele dla nas znaczyło....

DZIĘKI!!!!!!!!!!!

Pamiątki! Część rozdana, pozostały zdjęcia :)

sobota, 29 września 2012

Niezły Meksyk! Finał podróży: ostatnie chwile szczescia, przygody i euforia

Jestesmy obecnie w Playa del Carmen i zaraz lapiemy samolot do Londynu! Co robilysmy przez ostanich kilka dni? Czas szybko zlecial. Z Puerto Escondido (po kilku przeszkodach ktore zatrzymaly nas tam dluzej) wzielysmy nocny autobus do San Cristobal de las Casas. To kolonialne miasteczko o bialych murach i czerwonych dachach, brukowanych uliczkach i waskich zaukach.



Najbardziej fascynujace sa okolice San Cristobal. Dookola  mozna spotkac mieszkancow tutejszych wiosek wciaz jeszcze poslugujacych sie jezykiem Majow. Nasza eksploracje rozpoczelysmy od malenkiej osady Chamula. Slynie ona z kosciola z czarownikami-uzdrowicielami. Atmosfera w nim jest nieprawdopodobna. Szamanizm polaczony z religia katolicka daje ciekawa i fascynujaca mieszanke. Posadzka wyscielana jest sianem, a wnetrze oswietlone jest jedynie blaskiem swiec, pomiedzy ktorymi klecza i modla sie wierni. Kazdy smiertelnik przynosi ze soba dary, glownie sa to napoje gazowane, jajka, alkohol oraz zywe kurczaki. Poswiecony pokarm jest pozniej konsumowany i sluzy oczyszczeniu. Kazdy w kosciele robil co chcial: jedni tanczyli i spiewali, inni modlili sie pozostali lezeli upojeni szotami lokalnego trunku. Do nastepnej wioseczki zlapalysmy autostopa. Zabral nas Fernando, kierowca czerwonego tira. Zincantan slynie z wyrabianych tam brokatowych tkanin.
Mercado w San Cristobal

Po San Cristobal udalysmy sie do Palenque zwiedzac nasze pierwsze ruiny Majow. Pozostalosci miasta polozone sa na wysokim skalnym grzbiecie, otoczone dzungla. Mimo dzikiej natury i imponujacych pozostalosci swiatyn, idealnie wystrzyzone trawniki, przygotowane sciezki i tlumy z przewodnikami odebraly temu miejscu wiele mistycznosci. Na zwiedzanie wystarczy przeznaczyc kilka godzin, a samo miasto Palenque nie jest zbyt urodziwe, wiec tego samego dnia wyruszylysmy w strone wybrzeza Karaibskiego.
Palenque

Tulum

Dotarlysmy do Tulum, ktore bylo nam polecane przez wielu ludzi juz w Ameryce Poludniowej. To bardzo wyjatkowe miejsce: kilometry dzikich plaz, kempingi, punkty jogi, eko lodge. Rezerwat przyrody Sian Ka'an znajdowal sie tuz przy naszym kempingu. To teren o powierzchni 5000 kilometrów kwadratowych, na którym spotkać można krokodyle, jaguary, pumy, oceloty, czepiaki, wyjce i tapiry, żółwie morskie, 300 gatunków ptaków... Przybrzeżna rafa koralowa objęta jest ochroną, co tworzy, wraz z jaskiniami, jedno z lepszych miejsc do nurkowania na świecie.
Pierwsze kilka dni mieszkałysmy w skromnej chatce na plaży. Nie było tam żadnej kuchni, a oczywistą sprawą jest, że w restauracjach nie jadamy. W celu ugotowania ryżu musiałysmy w 40-stopniowym upale rozpalać ognisko. Nie było to łatwe zadanie! Już kilka ładnych miesięcy temu doszłysmy do wniosku, że zawsze najlepiej jest zaprzyjaźnić się z kurzachem. W Brazylii na barce kucharz sekretnie gotował nam wodę, w Kolumbii często nawet w restauracjach udawało nam się wedrzeć za zaplecze. Czasem było łatwiej, czasem trudniej...kreatywność i dobre wrażenie to podstawa. Kelner w Tulum trzymał nam nawet nasze jedzenie w restauracyjnej lodówce. Dostał od nas ostatnią już pamiątkę z Polski (brzydki breloczek) i piwko w ramach podziękowania.
Ognisko i warzywa z jajem










Wioska Tulum oddalona jest od plaży około 5 kilometrów, więc po zrobieniu musiałysmy jakoś wrócić do domu (nie ma colectivo, a taksówkarze słono sobie liczą). Złapałysmy stopa, a wraz z nim nowe miejsce zamieszkania. Zatrzymał się Rodrigo (Meksyk) i Tarek (Egipt/Niemcy). Tego samego dnia organizowali pożegnalną imprezę do Kanadyjczyka Mike'a (bardzo dużo obcokrajowców osiada w Tulum na dłużej). My nie miałyśmy innych planów, więc zostałyśmy gośćmi honorowymi :) Jak zwykle byłyśmy jedynymi przedstawicielami płci żeńskiej, ale to już stało się normalne. Każdy z mężczyzn miał fascynujące historie życiowe. Rodrigo był kilka razy porwany (ukrywa się w Tulum), Tarek podróżuje od 26 lat i przeżył bombardowanie w Egipcie, Mike przepłynął łodzia podwodną z Hawajów do Japonii... Oprócz tego każdy był instruktorem czegoś innegoo: joga, kitesurfing, nurkowanie, łowienie z kuszą. Tarek i Rodrigo zrezygnowali z luksusowego życia jakie prowadzili wcześniej. Nie maja pieniedzy i codziennie zarabiają tyle, by starczylo im na jedzenie, które w większości wyławiali sami. Podczas jednego polowania zazwyczaj łapią 2-3 homary lub langusty. Jedna na kolacje, pozostałe sprzedają do knajp za 100 dolarów każda. Długo nam opowiadali o tym jacy są szczęśliwi i nigdy nie zamienią takiego stylu bycia na żaden inny. Mike przygotował najlepsze ceviche jakie w życiu jadłyśmy. Świeża ryba prosto z morza z nutką meksykańskiej pikanterii… Mniam!


Wieczór był bardzo ciekawy, ale pojawił się mały problem. Zamnkęłysmy naszą chatkę na plaży na kłdkę z kodem. Czołówka, zapalniczka i wszelkie inne źródła światła zostały zatrzaśnięte w środku i nie mogłyśy otworzyć drzwi. Pozostało  nam spanie na plaży. Akurat w tym momencie ustał wiatr i wygłodniałe komary wyleciały na żer. Rano pogryzione i obolałe spakowałysmy plecory. Przyjechał po nas Tarek z Rodrigiem i zabrali nas na swój kepmping, gdzie zostałyśmy już do końca pobytu. Następnej nocy nie spędziłysmy jednak w namiocie, tylko w królewskiej willi na dzikiej plaży, wartej 7.000 dolarów tygodniowo. Jak do tego doszło? Kończyłysmy nasz prysznic w wodzie ze studni, kiedy Rodrigo przyleciał i krzyknął, że czeka w samochodzie i jedziemy na kolację. Jak zwykle zarzuciłyśmy na siebie zestaw spranych szmat, czego wrrótce miałyśmy pożałować. Po 1,5h drogi po dziurach przez rezerwat Sian Ka’an dotarliśmy do imponującej willi na plaży. Okazało się, że jeden z kolegów R (Bułgar) za 6 miesięcy organizuje tam swój ślub, więc zrobił mały pre-test, elegancką kolację dla 20 osób. Towarzystwo było bardzo międzynarodowe. Na przystawkę podano kosmiczne ceviche z krewetek, homara, ośmiornicy, czerwonego ślimaka (mogą je wyławiać tylko Majowie), ryb i guacamole. Na drugie zestaw ryb do wyboru i niesamowite drinki, przepis pozostał tajemnicą. Po kolacji przysiadywaliśmy na gigantycznych leżankach na plaży. Ktoś śpiewał, ktoś tańczył z ogniem, jedna dziewczyna zaczynała rodzić. Ciekawym gościem był Cristobal. Wyglądał jak 65-letni skrzat w sombrero i białych szatach. Oszalał jak dowiedział się, że jestesmy z Polski. Przez 10 lat był z miss Polonia, Joanną. Ich związek polegał na tym, że Cristobal cały czas jadł grzyby, a ona dla niego tańczyła. Był też w innych szalonych międzynarodowych związkach, opowieści o nich nas rozbrajały. Polka-Niemka była piromanką: podpaliła mu dom, śpiworu podczas biwaku, a najczęściej swoje ubrania. Było bardzio ciekawie J Zostałyśmy tam na noc, gdyż powrót do cywilizacji tą drogą w ciemności jest dość trudny, a rano mieliśmy wszyscy iść na ryby. Dostałysmy gigantyczną sypialnię z łazienką. Dawno, naprawdę dawno nie było nam tak wygodnie! Rano na śniadanie zupa z owoców morza (nie trzeba było jednak nic wyławiać). Postrawieniu udałyśmy się same na snorkeling (w willi zapewnione było wszystko, maski, rurki i płetwy pod dostatkiem). Nie zdążyłysmy przed wyjazdem się spakować, więc kostiumów też rzezcz jasna nie miałyśmy. Ubrania porzuciłysmy w krzakach, ale nie stanowiło to dużego problemu- na plaży nie było nikogo w promieniu kilku kilometrów z jednej i drugiej strony.
W Tulum już do końca jadłysmy jak królowe. R wychodził na polowanie, wrcał z przeróżnymi darami morza, nadzianymi na kuszę. Jsadłyśmy tak świeże ryby, homary, langusty i kraby, że DOSŁOWNIE smakowały i pachniały morzem. Każda chwila spędzona na rajskiej plaży wydawała się magiczna. Uznałysmy to za przepiękny finał naszej podróży.




Na ostatnie dni przeniosłysmy sie do Playa del Carmen. Jest to znany kurort z niesamowitym zapleczem restauracyjno-klubowym. Sama plaża nie jest porównywalna z tymi w Tulum. Ceny i rodzaj turystów również bardzo od siebie odbiegają. Z Playa del Carmen zrobiłysmy wycieczkę do ruin w Coba. Zajmują one bardzo rozległy teren, a pomiedzy grupami świątyń i budynków rośnie gęsta, tropikalna puszcza. Ze wszystkich najważniejszych ośrodków cywilizacji Majów, ten jest najmniej odbudowany. Dla nas kompleks był bardziej imponujący niż ten w Palenque. Spacerując w dżungli między grupami świątyń można się prawie poczuć jak archeologiczny odkrywca. Teren jest tak rozległy, że większość zwiedza go na rowerach. Na jedną z piramid można się było wspiąć i zobaczyć przyrodę otaczającą Coba. Do Playa del Carmen dojechałysmy tirem z uprzejmym lokalesem. Po drodze mieliśmy krótki przystanek na wyładowanie ziemi, ale cała podróż przebiegła bardzo sprawnie. Playa del Carmen jest bardzo dobrym miejscem na pożegnalną fiestę. Oferta klubowa jest naprawdę gigantyczna!
Początek ostatniego wieczoru był bardzo sentymentalny. Usiadłysmy na plaży (z własnym rumem oczywiście) pod barem z muzyką na żywo. Zapowniono nam nawe pokaz tańca z ogniem przy bębnach. Wspominałysmy piękne i ciężkie chwile, podsumowując miniony rok. Było pełno toastów, między innymi:
-za naszą relację (zmieniła się niebywale)
-za mamy, które jakoś wytrzymały stres i napięcie
-za to, żeby to nie był koniec, lecz początek pewnego etapu
-za kreatywność- była nam potrzebna tyle razy!
-za to, że nie przydarzyło nam się nic złego (żadnego wypadku, choroby, poważniejszego rabunku)
-za poznanych ludzi
-za Tomasza- naszego pana od biletu, który nisamowicie nam pomagał przez cały rok
Noc była szalona, ale cały czas ciążyła myśl o powrocie.
Jesteśmy już w DOMU! Relacja o powrocie i szale na lotnisku wkrótce J




poniedziałek, 17 września 2012

Pożegnanie Ameryki Południowej i surfing z chłopakami

Po wydostaniu sie z rąk szamanów pojechałysmy prosto w stronę granicy z Ekwadorem. Udało nam się trafić na sobotni market w Otavalo (największy odkryty market w Ameryce Południowej). Po raz pierwszy pozwoliłymy sobie na szał zakupowy. Całe dwa dni spędziłyśmy na lataniu od stoiska do stoiska przebierając w kapeluszach, kolczykach, torbach, paskach, amuletach, obrusach, skarpetach, szalikach, instrumentach indiańskich. W Ekwadorze od 2000 roku walutą jest dolar amerykański, więc od samego początku łatwo nam było nam orientować się w cenach.
Sobotni market zwierzęcy


Z Otwalo 2 godziny w autobusie i już byłyśmy w stolicy: Quito. Miasto ma bardzo duże centrum historyczne. Miałyśmy w Quito jedną noc, więc oprócz starówki nic nie zobaczyłymy. To zdecydowanie jedno z bardziej niebezpiecznych miejsc, w których byłyśmy. Z hostelu nie wypuścili nas po zachodzie słońca. Nie było nam jednak tak źle, gdyż mieszkałyśmy w hostelu, z którego tarasu na dachu widać było całe miasto. Wieczorem rozpaliliśmy ogisko i okryte śpiworami (jedyny sposób na ogrzanie się) podziwiałyśmy widoki.
Kolejnym przystankiem było Banos - małe miasteczko położone u stóp aktywnego wulkanu. Rowery górskie, kąpiele w gorących źródłach, spacery w deszczu...czas minął przyjemnie i bardzo szybko. Musiałyśmy sobie odpocząć przed maratonem autobusowym do Limy!
W Limie zawitałyśmy po raz drugi, w celu złapania lotu do Meksyku. Jako, że miasto miałyśmy już zwiedzone i był weekend, to wieczorem wyszłyśmy na fieste do dzielnicy Barranco. Tego samego wieczoru Peru wygrało z Wenezuelą ważny mecz piłkarski, więc całe miasto konkretnie świętowało. Nawet my miałyśmy pomalowane twarze w kolory narodowe. Znalazłyśmy się w samym środu wydarzeń, kiedy pijani ze szczęścia obywatele rzucali się na każdy przejeżdżający samochód. Byłyśmy również poproszone o kilka słów do kamery przez parę stacji telewizyjnych (średnio nam to wyszło).
Następnego dnia ciężko nam było opuszczać kontynent, na którym spędziłyśmy tak intensywne dla nas miesiące. Mimo wyczerpania i nieprzespanej nocy, zakręciła nam się łezka w oku. Meksyk miał być na zakończenie i nie możemy uwierzyć, że to już!
Jesteśmy teraz w Puerto Escondido. Przyleciałyśmy tu prosto z Mexico City, którego zwiedzić nie zdażyłyśmy (miałyśmy dosłownie parę godzin na pokręcenie się przy centrum). Widok z samolotu na to 25 milionowe miasto był jednak niesamowity. Puerto jest miasteczkiem bardzo turystycznym ze względu na dobre warunki do surfingu (każdy spot dostosowany jest do innych umiejętności). Spotkałyśmy się tu z przyjaciółmi z Polski (Wiseł, Pacha/Szafa, Pento/Senor Pequeno, Stasin, Karny). Mieszakmy u Polaka, Seniora Manzany w ślicznym domu z widokiem na Puerto Escondido. Przez ostatni tydzień żyłyśmy trybem chłopaków. Poranny surfing, aminokwasy (3 tabletki przed pływaniem zamiast śniadania), "super tacos" i napój z elektrolitami iso na lunch, surfing, kolacja, pecyna, lulu. Wieczorem lubimy jeszcze pograć w karty (popularna gra w gówno i w tysiąca). Na trzy dni pojechalimy na wycieczkę na Lagoa de Chacahua. Przepiękny park narodowy na wyspie, a gdy przyjdzie swell to dodatkowo staje się rajem dla surferów. Był to jeden z najlepszych spotów na jakich pływałyśmy. Warunki nie były proste, ale dużo adrenaliny robi swoje. Ostatniego dnia chłopcy poszli oglądać krokodyle, my jednak poszłyśmy pływać, bo już niedługo koniec surfingu na czas nieokreślony. Wycieczka była naprawdę udana; trzeba będzie tam kiedyś wrócić (naszym zdaniem to dużo lepsza miejscówka niż samo Puerto).
kamera: Michał Wiślicki


W sobote wszyscy odstawiliśmy się na wieczór (chłopaki pieścili wąsa, a my założyłyśmy nasze wyjściowe szmaty:)), bo 16 września był dzień niepodległości w Meksyku i całe miasto zamieniło się w zielono-biało-czerwoną fiestę. Na początek tequila na tarasie naszej rezydencji z widokiem na całe Puerto, potem miejscowy festyn z tradycyjnymi tańcami (Pacha podbił scenę). Na koniec trafiliśmy na playa de Zicatela (bar fly), gdzie mieszanka gringos'ów i miejscowych bywa wyzwaniem:)
hacjenda :)

Spotkanie z kolegami to dla nas pierwsze uderzenie rzeczywistości. Mimo tak dużej odległości od domu, przestałyśmy się czuć jak na wyprawie backpackerskiej. Rozmowy po polsku, plotki o znajomych, wieści z Polski...to robi swoje. Jesteśmy przerażone powrotem, czasem bardziej, czasem mniej. Po tygodniu surfingu cieszymy się na jeszcze dwa, ostanie tygodnie tygodnie tułaczki!
by Michał Wiślicki



wtorek, 28 sierpnia 2012

Dziewczyny Szamana

Do Medellin przylecialysmy z Cartageny wraz z Henrique (poznanym Brazylijczykiem). Miasto to, kiedys glowny kartel narkotykowy Pablo Escobara, uchodzi za jedno z bezpieczniejszych na kontynencie. Spedzilysmy tam 3 noce w przemilym hostelu Casa Kiwi, zaraz przy slynnej Zona Rosa. Tam wlasnie rozgrywa sie zycie nocne: bar przy barze, pelno ludzi i tania, chodzaca kokaina. Nie sposob przejsc sie wieczorem bez otrzymania propozycji kupna narkotyku, schowanego miedzy gumami do zucia. Handel odbywa sie dosc otwarcie. W ciagu dnia miasto nie ma wiele do zaoferowania, poza widokiem na jego przepiekne polozenie. Bardzo zaskoczyl nas system komunikacjny, o niebo lepszy od warszawskiego (metro, autobusy, kolejka linowa- wszystko polaczone i w jednej cenie). Uznalysmy, ze to mogloby byc najlepsze miejsce do zamieszkania w Kolumbii.
Po silnej dawce rozrywki przenioslysmy sie na lono natury- Zona Cafetera, uchodzaca za raj fotografow. Zatrzymalysmy sie w Salento, w hostelu La Serrana. Na miejscu oczekiwala nas juz Diana z Sebastianem. Planowalysmy zostac 3 noce, a jestesmy juz tu prawie dwa tygodnie. Dlaczego? Miejsce to jest wyjatkowo magiczne i przyciagajace. Hostel polozony jest na wzgorzu, otoczony gorami i dolinami. Sielankowa atmosfera, blyszczace w nocy robaczki swietojanskie (wygladaja doslownie jak gwiazdy na ziemi), rodzinne klimaty, wspolne posilki oglaszane codziennie o 19 poteznym dzwonem, hamaki z niesamowitym widokiem. Przez pierwsze trzy dni zwiedzalysmy okolice: jazda konna, urzekajacy trekking Valle de Cocora, farmy na ktorych uprawiana jest kawa, spacery po miasteczku.
Valle de Cocora




autostop z Di i Sara

Poznalysmy wyjatkowych ludzi. Jednym z nich byl Ezra- Amerykanin pochodzenia zydowskiego (bardzo religijny i uduchowiony, widzialysmy go juz w Tayronie medytujacego nago, pokrytego blotem). Pobudzil i zaszczepil w nas pierwiastek spirytystyczny, spedzilismy razem wiele godzin dyskutujac i sprzeczajac sie ;) Opozycja byla Sara, bardzo sceptyczna Brytyjka, niezwykle pozytywna i wesola. Ich dwojka, my i Diana stworzyslismy super zgrana ekipe.
Sarah ugotowala nam kolacje, zeby dodac nam sily przed glodowka

Wraz z Ezra i Diana zdecydowalismy sie wziac udzial w ceremonii picia ayahuaski. Bylo to dla nas drugie podejscie, po nieudanej probie w Brazylii (napoj byl zle przygotowany lub warunki dookola niesprzyjajace, dostarczylo nam to tylko przykrych doswiaczen). Menadzer hostelu bardzo nas jednak namawial i obiecal, ze tym razem zakochamy sie zarowno w miejscu jak i w ludziach. Ceremonie te nie sa pzeznaczone dla turystow. Moglysmy w niej wziac udzial dzieki porozumieniu wlasciciela hostelu z rodzina szamanow.
Sesje poprzedzil caly dzien glodowki i przygotowawczych medytacji. Pierwsza ceremonia byla dla nas bardzo duzym przezyciem emocjonalnym i postanowilysmy pojechac raz jeszcze w sobote, kiedy to odbywa sie duzo wieksza uroczystosc. Glowny szaman i uzdrowiciel (Taita), pieciu innych pomocnikow, muzycy, my (grinogos, zdecydowana mniejszosc) i liczni Kolumbijczycy, od dzieci po staruszki. O 12 w nocy prowadzacy rozpoczal ceremonie od przygotowania dwoch napojow z dwoch roznych roslin, ktore poniej miesza sie dla kazdej osoby indywidualnie. Po krotkim wstepie wyjasniajacym dzialanie leku rozpoczela sie wlasciwa ceremonia. Bardzo nas zdzwilo, ze odbywa sie ona w kontekscie katolickim, gdyz szamanizm kojarzyl nam sie z czyms, co to wyklucza. Po odmowieniu czterech modlitw i odpiewaniu indianskich piesni rytualnych wszyscy po kolei obmyslismy glowa, brzuch, plecy i kostki podana nam woda. Nastepnie kazdy uczestnik podchodzil do szamana, by wypic pierwsza dawke, wznoszac toast z reszta grupy. Mimo tego, ze tlum liczyl 50 osob, szaman pamietal imiona i wzywal do siebie osobiscie. Calej sesji towarzyszyla przepiekna muzyka (bebny, dwa flety, gitara, harmonia i wokal), bez ktorej atmosfera nie bylaby taka sama. Kazdy mial przypisane miejsce, gdzie mogl sie polozyc po wypiciu porcji. Wiekszosc osob krecila sie jednak miedzy dwoma ogniskami, polem za domem szamana i patio. Druga dawka podawana jest tuz przed wschodem, tylko dla tych, ktorzy sa na nia gotowi. Przezycia podaczas zazywania ayahuaski sa bardzo silne i osobiste. Kazdy reaguje inaczej, w zaleznosi od dawki, organizmu i aktualnego stanu ducha. Celem kuracji jest oczyszczenie, dotarcie do wlasnej podswiadomosci, wyzwolenie gleboko zablokowanych problemow, mysli, emocji i kompleksow. Regularnosc sesji poznwala lepiej poznac swoje wnetrze i dokonac trwalych zmian we wlasnej osobowosci. Bardzo wazne jest zaufanie do siebie i rosliny, wiara w to, ze przynosi ona ulge i nie moze wyrzadzic krzywdy. Niesamowity komfort przynosza szamani, ktorzy gotowi sa pomagac przez cala noc. Opiekowali sie nami jak malymi dziecmi: minimalizowali zla energie, masowali, przykrywali, uspokajali i tlumaczyli zmiany stanow emocjonalnych. To ludzie, ktorym stuprocentowo mozna zaufac i wszystko opowiedziec. Ich dotyk i milosc w oczach jest rozbrajajaca.
Jako ze DMT zawarte yaje jest silnie halucynogenna substancja, to wizje towarzysza prawie wszystkim. Czasem sa bardzo silne i trwaja przez cala noc, czasem przez krotki czas, a czasem wcale ich nie ma. Niektorym mozna nadac duze znaczenie, inne sa po prostu niezwyklymi wytworami mozgu. Kilka godzin po wschodzie slonca uczestnicy zaczeli powracac do normalnych stanow swiadomosci. Czesc rozladowywala przezycia placzem (MY), czesc rozmowa z bliskimi (MY), czesc rozmowa z szamanami (MY). Wszystkie doswiadczenia i wizje sa kwestia bardzo osobista, nie bedziemy ich tu opisywac. Pewne jest to, ze rozwijaja wnetrze i sklaniaja do refleksji. Dla nas strasznie wazne bylo to, ze bylysmy tam razem. Kontakt wzrokowy lub zwykle trzymanie sie za reke dodawalo nam duzo odwagi i komfortu. Ranek tez byl niezwykly. Wszyscy dzielili sie doswiadczeniami, jedzeniem, dawali rady. Czulo sie od kazdego empatycznosc i otwartosc. Kazdy otwieral sie i opisywal nawet bardzo osobiste wizje, co jest bardzo wazne w calym procesie uzdrowiskowym. Wypowiedzenie tego na glos pozwala to lepiej przetrawic i zrozumiec.
Kilka dni po drugiej sesji pojechalysmy z wlascicielem hostelu do domu szamana (1,5h drogi od Salento), by pomagac w budowie nowego miejsca spotkan. Wraz z synami szamana i kocowym (cale sesje lezy pod kocem), wlasnymi rekami ukladalismy kamienna sciezke. Bylo bardzo milo i smiesznie, a na koniec nasz ulubiony szaman Mario zrobil nam soczek z lulo i goiaby.


Ilosc emocji przez ostatni tydzien byla bardzo duza, caly czas staramy sie to spokojnie przetrawic. Gdyby nie ograniczenie czasowe, utknelybysmy tu na dlugo. Poznalysmy ludzi, ktorzy postanowili zostac tu nawet na rok, uczestniczac w sesjach regularnie (dwa razy na tydzien).


środa, 15 sierpnia 2012

Kolumbia, jedyne ryzyko polega na tym, że będziesz chciał tutaj zostać.


Bezpieczeństwo w Kolumbii to temat, o który najczęściej pytają osoby zainteresowane podróżą do tego kraju i nie ma się czemu dziwić. Kolumbia, a dokładnie jej sytuacja polityczna, nadal budzą wsrod podroznikow mieszane uczucia. Dzis jednak nalezy zapomniec o stereotypie sprzed kilku lat, kiedy to jedna z najbrutalniejszych wojen domowych  na swiecie nie pozwalala na bezpieczna turystyke. Dzisiejsza Kolumbie opisalybysmy jako kraj niedrogi, bezpieczny, latwo dostepny i PRZEPIEKNY:)!

Mimo że Kolumbia oficjalnie nadal znajduje się w stanie wojny domowej, nie należy oczekiwać tu czołgów na ulicy, wybuchu bomb czy strzelanin. Walki wojska z partyzantką toczą się w oddalonych od ośrodków miejskich i miejsc turystycznych terenach.
Polecamy artykul z Gazety Wyborczej na ten temat!:
http://wyborcza.pl/1,76842,11963916,Kolumbia_chce_zakonczyc_trwajaca_pol_wieku_wojne_domowa.html

Oczywiscie handel narkotykami ciagle trwa, ciagle ma wplyw na konflikty wewnetrzne, spoleczenstwo, gospodarke czy stosunki zagraniczne. Stanowi tez duzy procent dochodu narodowego, ale dzis Kolumbia nie jest juz najwiekszytm eksporterem kokainy na swiecie (wiecej wytwarza Peru i Boliwia). Znane są w Europie historie dotyczące podrzucania bagażu zawierającego kokainę osobom wyjeżdżającym z Kolumbii. Takie sytuacje zdarzały się wiele lat temu. W chwili obecnej przemyt narkotyków z Kolumbii istnieje dalej, ale odbywa się innymi "kanałami", jednakze warto zachowac srodki ostroznosci.

Nasze pierwsze dwa tygodnie w Kolumbii byly niesamowite. Jestemy zafascynowane kultura, zroznicowanym krajobrazem, zapierajaca dech w piersiach natura, uprzejmoscia ludzi. Krajowi temu zdecydowanie nalezy poswiecic wiecej czasu. 
Poczatkowe wrazenia byly dosc intensywne. Po pierwsze, po wyjsciu z samolotu dotknelo nas...zimno. Bogota polozona jest dosc wysoko (2600), miedzy gorami. Klimat ten byl duza odmiana po upalnym Manaus. Srednia temperatura przez caly rok wynosi 14ºC, a przez wiekszosc dni w roku pada. Pogoda jednak nie ostudzila naszych pozytywnych emocji. Stesknilysmy sie za hiszpanskim (tutaj jest wyjatkowo czysty), nowa kultura, ktora jest tak inna od brazylijskiej. Mieszkalysmy w dzielnicy La Candelaria - duze stare miasto z malymi, brukowanymi uliczkami i kolonialna architektura. Spotkalysmy sie Diana i razem moglysmy eksplorowac miasto. Jak juz wspomnialysmy wczesniej spotkanie rodakow jest zawsze milym doswiadczeniem; polska mentalnosc jest jednak wyjatkowa. Diana przywiozla nam Gorzka Zolodkowa i razem podbilysmy Bogote jako Team Xtreame:) 

Po kilku dniach opuscilysmy stolice (Diane niestety tez, ale liczymy na ponowne spotkanie!) i wyruszylysmy na polnoc kraju, do najstarszego miasteczka na wybrzezu karaibskim - Santa Marta, skad udalysmy sie od razu do Tagangi, malej i przepieknie polozonej wioski rybackiej. Jest to zawladnieta przez backpakersow swietna baza wypadowa do otaczajacych ja parkow narodowych. Slynie rowniez z tego, ze mozna tu zrobic najtanszy na swiecie kurs nurkowy. Dzieki temu, ze miejsce jest tak male, stworzyl sie tam podrozniczy klimat z milym night lifem.
Kolejna nasza destynacja byla Minca, znajdujaca sie w gorach porosnietych dzungla. Mialysmy okazje przekraczac dzika rzeke do ukrytego wodospadu i doswiadczyc ekstremalnego tubingu. Nastepnego dnia o 5 rano wjechalysmy motorami na szczyt (Los Pinos), z ktorego rozposcieral sie widok na osniezone gory parku Sierra Nevada i Morze Karaibskie. 

Po zejsciu, przedzierajac sie przez dzika dzungle, udalysmy sie do Tayrony. To wyjatkowo rajski obszar plaz otoczonych nietknieta natura. Odcielysmy sie od cywilizacji na kilka dni. Na terenie parku znajduja sie trzy kempingi, w ktorych mozna spac tylko na hamakach, co po przygodzie na barce nie stanowiu juz dla nas zadnego problemu. Jedna noc spedzilysmy na hamakach zawieszonych na skale otoczonej morzem, gdzie mozna bylo poczuc sie jak w raju. Dystanse miedzy plazami byly dosc spore, wiec codziennie czekal na nas godzinny trekking przez dzungle, zeby dojsc do naszej ulubionej, ostatniej plazy. Zwykle nie bylo tam ludzi, wiec uczynilysmy z niej plaze nudystow (powrot do natury). Codziennie pozyczalysmy maczete, zeby rozbic kokosa (jest to juz nasze hobby), ktorych bylo tam od groma. Opuszczalysmy Tayrone z ciezkim sercem, jak zwykle przy opuszczaniu pieknych miejsc, gdzie zmartwienia i realne problemy nie maja miejsca. 
na tej wlasnie skale spalysmy

Udalysmy sie na sama polnoc Kolumbii - pustynny polwysep La Guajira. Krajobraz drastycznie sie zmienil: intensywna zielen i gesta dzungla zniknely, pojawila sie otwarta przestrzen i miliony kaktusow. Po ciezkiej podrozy (dojazd tam nie jest latwy) dotarlysmy do Cabo de la Vela - wiosce nad morzem, otoczonej pustynnym stepem. Po jednej nocy wraz z poznanymi Holendrami, Amerykanka i Brytyjka wyruszylismy jeepem w kierunku czubka Ameryki Poludniowej - Punta Gallinas. Calodniowa droga byla wyjatkowo urokliwa. Mijalismy flamingi, wydmy, laguny i od czasu do czasu...bandytow cukierkowych (dzieci zatrzymujace pojazdy i zadajace slodyczy). Hostel w ktorym mieszkalismy polozonybyl na skalistym skraju morza. Niebo usypane gwiazdami w nocy i poranny wschod slonca - powalajace!




candy bandits

Obecnie jestesmy w Cartegenie, ktorej stare miasto otoczone murem uznawane jest za najromantyczniejsze miejsce kraju. Miasto przesiakniete jest historia, ktora niemal czuc podczas przechadzania sie malymi. brukowanymi uliczkami. Nie mamy tu niestety zbyt wiele czasu, gdyz juz jutro lecimy do Medellin. Zaczynamy nasza wyprawe w strone poludnia Kolubmii, gdzie czekaja na nas kolejne, inne i nowe wrazenia. 


Jak tu nie byc szczesliwym?